Zapisz się na newsletter! Wyślę Ci kolejny rozdział i dam znać gdy książka będzie dostępna.
Nawia
Rozdział 1
— Wypierdolcie ich z klubu — wycedził przez zaciśnięte zęby, nerwowo skubiąc siwą brodę.Był niewiarygodnie wściekły. Spoglądał do wnętrza klubu przez weneckie lustro swojego gabinetu, zastanawiając się, jak można być takim debilem jak goście w loży VIP. Większość imprezowiczów była przebrana. Na parkiecie w rytm dudniącej muzyki wiły się skąpo ubrane rusałki, co jakiś czas obściskiwane przez wielkich, napakowanych sterydami wilkołaków. Topielce wciągały w kiblu koks, co chwila oglądając się za siebie. Za konsolą DJa jakaś laska robiła leszemu loda. Nawet ona miała na sobie maskę.W jego klubie, w Nawii, można było sobie pozwolić na wiele, ale 31 października, w Święto Dziadów, nawet papież zakładałby tu karaboszkę. Karaboszki — czyli maski obrzędowe — były tego dnia niezwykle ważne. W Święto Dziadów granice między Nawią, światem dusz, od którego zresztą Weles nazwał swój klub, a Wyrajem, światem doczesnym, stawały się ulotne. Dzięki temu dziady — dusze przodków — mogły odwiedzać swoich bliskich, by posilić się przy ogniu, ogrzać w ich towarzystwie i odwdzięczyć się dobrą radą przekazywaną zwykle jako wróżba lub sen. Z drugiej strony tak samo łatwo świat śmiertelników nawiedzały dusze zawistne, złe i żądne zemsty, a za nimi cała zgraja wszelkiej maści demonów.Właśnie dlatego w Nawii — najbardziej popularnym i po prostu najlepszym klubie nad Bałtykiem — tego dnia każdy zakładał karaboszkę. Nikt normalny nie chciał, żeby złe dusze uciekały z Nawii, siały klątwy i zarazę. A już na pewno nie on — Weles, pan świata umarłych, który będzie musiał zagonić całą tę zgraję z powrotem, narażając się na dąsy ukochanej córki Marzanny, władczyni zimy, pani śmierci i odradzania oraz najbardziej rozwydrzonej nastolatki, jaką ziemia i zaświaty kiedykolwiek nosiły.Z jakiegoś jednak powodu banda zasiadająca akurat w loży VIP uznała, że ich zasady nie dotyczą.— Szefie, jesteś pewny? — odezwał się stojący najbliżej ochroniarz. — Zostawili dziś ze sto tysięcy złotych ofiary na barze — kontynuował z nutą nieśmiałości w głosie.— Tak, jestem pewny. Sprowadzą mi tu od chuja dusz i będę je odprowadzał na drugą stronę przez zasłonę aż do święta tego mięśniaka Peruna. Marzanna znowu będzie chodzić wkurwiona, że nie mam dla niej czasu, i odmrozi nam wszystkim dupy. Wyjebać ich. Nie przyjmę takiej ofiary!Ochroniarze nadal stali w miejscu, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.— Panie, ale oni przynieśli steki! — nie wytrzymał jeden z ochroniarzy, wyraźnie młodszy od reszty.— Czy naprawdę tak łatwo was teraz oswoić? — spytał z niedowierzaniem, uśmiechając się lekko pod nosem.— Ale to wagyu! — kontynuował ochroniarz. — Wzięli też dla pana sakwę maku!Brodacz potarł powoli skronie i uśmiechnął się wbrew sobie. Czasem zapomniał, że pod ich ludzką postacią kryją się jego starożytne wilki. To zaciekli i nieskończenie oddani obrońcy, ale czasem ich instynkt bierze nad nimi górę — w szczególności gdy mowa o stekach, i to wagyu. Nie powinien zapominać o ich zwierzęcej naturze, nawet jeśli jego wilki bardzo polubiły ludzką postać.— Zwróćcie im ostatni raz uwagę i jeżeli nie założą natychmiast masek, to precz. Możecie być dla nich mili. Chyba nie odrzucimy takiej ofiary, co? — zakończył z uśmiechem.— Jasne, że nie! — ucieszył się młodziak. — Osobiście tego przypilnuję!Ochroniarz ruszył do loży VIP, strosząc wilczą grzywę, która wyrosła mu ledwie kilka tygodni temu. Był z niej niesamowicie dumny. W ludzkiej postaci przejawiała się jako obszyty wilczym futrem kołnierz marynarki i wyglądała olśniewająco. Nie dziwił się, że ludzie przychodzący do Nawii zaczęli naśladować ten — jak go sami określali — styl.Ludzie są dziwni. I śmiesznie pachną.Podszedł do stolika VIPów i chrząknął.— Pan Weles nie życzy sobie, by w Noc Dziadów przebywać w jego klubie bez założonej karaboszki. Jest to niezbędne ze względów higienicznych. Musicie państwo założyć maski lub iść precz — wyrecytował zgrabnie zapamiętaną formułkę.— Stul ryja, kundlu — odparował największy i najbardziej nawalony ze zgromadzonych w loży gości.— Po ryju to mnie wczoraj twoja suka lizała! — odparł Młody, na wpół mówiąc, a na wpół warcząc.Nawalony mięśniak rozbił kufel, robiąc tulipana, i zaczął się niezdarnie podnosić. Wtedy oczy Młodego zapłonęły złotem. Grzywa najeżyła się, przez co wydawał się większy. Przez lekko otwarte usta widać było nienaturalnie długie kły. Z jego gardła i gardeł pozostałych wilków, które nie wiadomo kiedy pojawiły się za plecami Młodego, rozległ się przejmujący, gardłowy warkot, słyszalny pomimo głośnej muzyki.Dobrze być częścią watahy, pomyślał Młody.Pochylił się, ugiął lekko nogi, obnażył kły i już miał się rzucić idiocie do gardła, gdy ktoś postanowił zepsuć mu wybornie zapowiadającą się bijatykę.— Posadź dupę i uszanuj zasady pana Welesa — powiedział jeden z VIPów, ubrany już w karaboszkę, ściągając z powrotem na kanapę pijanego kolegę. — Bardzo przepraszam za kolegę — dodał. — On nie tutejszy. Będziemy się już zbierać, mam wrażenie, że i tak nadużyliśmy gościnności.Po chwili goście wstali i skierowali się ku wyjściu przez parkiet poziom niżej. Nie zdążyli jeszcze wszyscy przepchnąć się przez tłum, gdy gwałtownie pobledli, upadli na podłogę i skulili się w pozycji embrionalnej.— Kurwa mać! — wrzasnął Młody, widząc, co się dzieje.Pomachał do DJa, by ten wyłączył muzykę. Rozejrzał się nerwowo.— Dawać żercę! — zawołał krótko.Za barem stał Ziemek — barman, którego Weles zatrudnił jeszcze za czasów, gdy klub mieścił się w drewnianej chacie nad jeziorem, a nie w nowoczesnym budynku nad Bałtykiem. Ziemek wyciągnął spod lady owczą skórę, którą zarzucił na lśniącą, czarną koszulę. Chwycił schowany nad barem kostur i sakiewkę z przyprawami. Dopił drinka, klepnął w tyłek przewieszoną przez bar lasencję prosto w haftowany kociewski wzór, chwycił flaszkę miodu i ruszył w kierunku zwiniętych na parkiecie ludzi.— Zapisz mi swój numer i zostaw za barem! — zawołał na odchodne, na wypadek gdyby potencjalna towarzyszka miała się gdzieś oddalić. Nie wyglądało jednak, jakby miał wracać z pracy sam.— Nie mieli karaboszek i coś ich dopadło — powiedział Młody, gdy barman do nich dołączył.— Znowu — odpowiedział Ziemek. — Jak tak dalej pójdzie, to ludzie będą się upominać o podobne pokazy. Czy ich nie uczą o tym w szkole?— Skąd mam wiedzieć? Widziałeś kiedyś wilka w szkole?— Jebać to. Weź kilku ludzi i utwórzcie krąg wokół tych idiotów.Młody zwołał do siebie dziesiątkę najmniej pijanych ludzi, jakich miał pod ręką. Pozostałe wilki przyniosły potrzebne do obrzędu akcesoria: małą metalową misę, szczapki drewna, wodę, kadzidła, garść siana. Ustawili ludzi w rzędzie przed barmanem. Ten każdego kolejno okadzał i przyjmował do kręgu.— Obmyj ręce, twarz, weź garść siana, natrzyj się, rzuć precz i wstąp do kręgu — mówił każdemu.Ustawił ich w coś, co przy dużej ilości dobrej woli można było nazwać kręgiem. Obszedł krąg, śpiewając coś pod nosem i lejąc za sobą alkohol.Ludzie zaczęli podawać sobie ręce. Gdy Ziemek w końcu do nich dołączył, jeden z nich próbował złapać za rękę barmana.— Spierdalaj mi z tą łapą. To porządny obrzęd i porządny klub, a nie jakieś cholerne przedszkole. Chociaż śpiewać to będziecie teraz zajebiście. Powtarzacie za mną! — zarządził barman i wyciągnął z kieszeni krzesiwo.Nachylił się nad metalową misą i ułożył w niej kilka drewienek. I zaczął śpiewać:— Gore, gore jasno, żeby nie zagasło!— Gore, gore jasno, żeby nie zagasło!— Gore, gore jasno, żeby nie zagasło!— Gore, gore jasno, żeby nie zagasło!W międzyczasie, cały czas śpiewając, rozpalił mały ogień. Aż w końcu zawołał:— Gore, gore! Witaj nam, gościu w czerwonym płaszczu!Barman zaczął mówić:— Welesie, Panie Nawii! Witamy Cię w tej szczególnej nocy, gdy dziady wędrują po ziemi, a granice między Wyrajem a Nawią się zacierają. Władco podziemi, panie magii, tajemnic, przysiąg i bogactwa, opiekunie bydła — rogatego i mechanicznego — otocz nas swoją opieką i spraw, by dusze przodków mogły się ogrzać przy naszym ogniu i posilić. Na twą cześć lejemy gorzałkę, sypiemy mak i topimy złotą monetę, prosząc Cię o bezpieczne przodków odprawienie.— Za mną, po trzykroć: Sława Welesowi!— Sława! Sława! Sława! — powtórzyli za nim ludzie w klubie.Ziemek wlał do misy kieliszek wódki i wsypał garść maku. Sięgnął do kieszeni leżącego na podłodze mięśniaka po portfel, wyjął z niego niemały plik banknotów i wrzucił do ognia. Spojrzał w kierunku weneckiego lustra dwa piętra wyżej, za którym schowany był gabinet Welesa, i mocno się ukłonił.Za szybą Weles przerwał jedzenie steka przyrządzonego na medium rare z odrobiną rozmarynu i masła czosnkowego — przyniesionego przez zwiniętych teraz na podłodze jego klubu VIPów. Sięgnął do szuflady biurka po róg. Choć ten wydawał się początkowo pusty, Weles i tak przyłożył go do ust i pociągnął łyk. Poczuł charakterystyczne ciepło rozlewające się po ciele — jak po wypiciu na mrozie grzańca. Nadal trzymając róg, podszedł do szyby na tyle blisko, by widzieć, co działo się na dole. Czuł rozlewające się po ciele przyjemne ciepło wylanej na jego cześć ofiarnej gorzałki.Ziemek zaczął po chwili wzywać przodków:— Drodzy przodkowie, co nas dzisiaj odwiedzić chcecie, zbliżcie się do ognia i ogrzejcie zziębnięte dusze. Posilcie się gorczycą i gorzałką, które rzucamy dla was w święty ogień. Obdarzajcie nas opieką, radą i mądrością, która tak bardzo jest niektórym z nas potrzebna, i chrońcie przed wszelkimi stworami, które chcą nam uczynić krzywdę.Barman spojrzał na skulonych na podłodze ludzi i mruknął tylko pod nosem:— No, debile...Podniósł wzrok na ludzi w kręgu i zawołał:— Za mną, po trzykroć: Sława Przodkom!— Sława! Sława! Sława! — powtórzyli za nim ludzie w klubie.— Teraz wy, dziady, którzy przyszliście tu nie po to, by się ogrzać i ucztować z nami, ale szkodzić tym, którzy nie uszanowali naszych tradycji, którzy pokazali swoje oblicza, zachęcając was do opuszczenia Nawii — nasyćcie się tymi podarkami i zostawcie tych nieszczęśników. Tutaj dla was gorzałka, mak, gorczyca i garść mąki.Po czym wrzucił do ognia podarki i zalał je gorzałką. Wszystko pięknie spłonęło.Nieprzytomni goście skuleni na podłodze zaczęli powoli dochodzić do siebie. Rozejrzeli się po skupionych w kręgu imprezowiczach nieprzytomnym wzrokiem.— To my już pójdziemy — odezwał się pierwszy wybudzony.— Sława duchom przodków! — zawołał kolejny, wstając niezdarnie.— Sława! Sława! Sława! — powtórzyli za nim ludzie w klubie.Po ostatnim zawołaniu Ziemek rozwiązał krąg i zawołał:— Bogi rade, przodki rade, czas przywrócić nam biesiadę! Zapraszam do baru i liczę na zajebiste napiwki. DJ — muzyka!Zsunął z ramion skórę, pociągnął łyka gorzałki i ruszył do baru, gdzie jego towarzyszki już niestety nie było.— Kurwa — mruknął pod nosem. — Ciekawe, czy w ogóle była żywa. * * *Dwa piętra wyżej całe wydarzenie obserwował z niechęcią Weles.— Ta... Bogi rade w chuj. A Marzanna to już w ogóle będzie przeszczęśliwa — wymamrotał pod nosem.Usiadł ponownie przy biurku. Wyciągnął z szuflady czarny aksamitny woreczek wielkości dwóch pięści. Jego zawartość przyjemnie grzechotała przy każdym ruchu. Zamknął oczy, oddychał powoli i skupił myśli na wydarzeniach wieczoru. Sięgnął powoli do woreczka i zacisnął dłoń na zawartości. Powolnym ruchem wyciągnął ją, wyprostował rękę tak, by zaciśnięta pięść znalazła się nad środkiem biurka, i rozluźnił dłoń. Na zdobiony złotem dębowy blat upadły zwierzęce kości pokryte runami.Przyjrzał im się uważnie, wziął głęboki wdech, wypuścił powietrze i powiedział krótko:— Kurwa mać.Wyciągnął telefon, otworzył listę ulubionych kontaktów i kliknął ikonę słuchawki przy pierwszym z nich. Po drugiej stronie odezwał się dźwięczny kobiecy głos:— Tu Jaga. Co jest?— Dusze wyrwały się z Nawii. Większość odesłał nam Ziemek, ale kilka uciekło. Wróżba mówi, że będą z tego kłopoty.— Mów dalej — zachęciła go Jaga.— Jakaś biedna dziewczyna lgnęła do ciepła naszego Ziemka. Kilku idiotów nie miało karaboszek i chłopak musiał ich ratować. W tym czasie zmora przyczepiła się do dziewuchy i porwała ją w noc. Zgaduję, że wykorzysta młodą, żeby dopaść nowe ofiary. Rozpuść wici i dowiedz się jak najwięcej.— Powiadomię szeptuchy, niech rozpuszczą wici. Trzeba będzie zorganizować festyn. Fakturę wyślę mailem. Coś jeszcze?— Daj im mojego maku. Będą działać szybciej — zdecydował Weles.— Ooo, dziękuję, staruszku! — odpowiedziała.— „Dziękuję, Panie i Władco" — poprawił ją.— Spieprzaj, dziadu! — roześmiała się Jaga.— Sama spieprzaj, Babo — roześmiał się Weles.Jaga była bezczelna, wygadana i niesamowicie inteligentna. Uwielbiał ją i pozwalał jej na wiele — w każdym razie na więcej niż jej poprzedniczkom.— Czy mam rzucić na tych idiotów jakąś soczystą klątwę? — spytała przed rozłączeniem się.— Tak. Nic groźnego, ale niech zapamiętają — dodał krótko Weles.— Komary i pokrzywy? — zaproponowała z nieskrywaną radością.— Doskonale. Ale nie przemęczaj się na nich. Trzymaj się.— Trzymaj się, byczku! — pożegnała się Jaga.— Z szacunkiem, Babo — zwrócił jej uwagę.— Żegnaj, o Panie, Władco Nawii, Mistrzu Ma... — recytowała przez śmiech Jaga.— Dobra, dobra, spadaj — przerwał jej Weles.— Pa — powiedziała krótko i się rozłączyła.Weles przez chwilę zastanawiał się jeszcze, dlaczego tak jej pobłaża, ale tak naprawdę dobrze wiedział. Była najlepsza. W końcu sam ją wszystkiego nauczył.Zgarnął runy z powrotem do woreczka i schował do biurka, po czym zamknął szufladę na klucz. Wstał i wygładził swoją czarną, wyszywaną złotem kamizelkę. Chwycił odwieszoną na oparcie fotela marynarkę i narzucił ją na ramiona. Obrócił się w kierunku ściany za biurkiem i wypowiedział zaklęcie. Ściana rozsunęła się, ujawniając średnich rozmiarów sejf. Przyłożył kciuk do czytnika i drzwiczki sejfu otworzyły się z metalicznym kliknięciem. Wyjął ze środka fiolkę mieniącego się złotem maku i lekko nią potrząsnął. Zawartość zaczęła delikatnie iskrzyć. Chwycił kolejne dwie fiolki, zamknął sejf i ruszył do wyjścia. Wychodząc, zabrał z wieszaka kaszkiet i płaszcz.W windzie upewnił się, że rogi schowane są pod nakryciem głowy, a kluczyki od auta są nadal w kieszeni. Gdy zjechał na parter, skinął delikatnie na DJa.Młody człowiek za konsolą szybko spakował laptopa, wepchnął na szyję olbrzymie słuchawki i popędził w kierunku Welesa.— Dzień dobry, szefie! Widział pan, jak się dziś bawili? Folk trance to odkrycie sezonu i to u nas się zaczęło. Mocne bębny, rogi, melodyjne elektro i biały śpiew zmiksowane w jeden wielki — proszę mi wybaczyć — rozpierdol. Jest moc, szefie, jest...— Jak cię zwą?— Lucio! — młody wypiął dumnie szczupłą pierś opiętą ni to bluzą, ni to płaszczem w głębokim czarnym kolorze.Rękawy i nadmiernie głęboki kaptur pokryte były wzorami będącymi mieszanką run używanych ongiś w Skandynawii. Nie miały kompletnie sensu, ale ładnie razem wyglądały. Na nogach miał czarne jeansy w kroju przypominającym motocyklowe spodnie i białe, sięgające za kostkę trampki.— Nie stąd cię znam, prawda? — spytał Weles, gdy skończył mierzyć chłopaka wzrokiem.— Prawda. Muzyką zajmuję się dla zabawy i czasem udaje się dorobić. W ciągu dnia pracuję u pana w Poppy. Robię w infosecu i trochę przy administracji naszymi serwerami. Jestem najmłodszym ekspertem w historii firmy — młody wypiął pierś jeszcze bardziej, choć nie wydawało się to możliwe. — To dzięki Marianowi. Nauczył mnie wszystkiego, co umiem, i nadal się mną opiekuje — pochwalił mentora młody haker. — Bardzo się cieszę, że tak o niego dbacie. Ma już swoje lata i cieszę się, że możemy wszyscy korzystać z jego doświadczenia.— Musimy dbać o naszych starszych, nie sądzisz?— To prawda. Zagadałem pana. Jak mogę pomóc?— Piłeś?— W pracy? Nigdy. A w każdym razie nie dziś — uśmiechnął się młody.— No dobra. Łap. Jedziemy do biura.Weles rzucił młodemu kluczyki do auta. Młody pomimo zaskoczenia zręcznie je chwycił i wybałuszył oczy.— Czy to Warkot? — spytał nieśmiało.— No raczej — uśmiechnął się Weles.Lucio wyszczerzył się tak bardzo, jakby uśmiech miał mu się owinąć dookoła głowy.Warkot był jedną z ulubionych zabawek Welesa z bieżących czasów. Samochody polubił, odkąd tylko pojawiły się na świecie. Kojarzyły mu się z wołami, których nadal był opiekunem. Te nie służyły już ludziom na co dzień, więc bóg uznał, że — tak jak w wielu innych dziedzinach — należy pójść z duchem czasu i zaadoptował motoryzację jako swoją domenę. W szczególności wszelkiej maści pojazdy robocze, a najbardziej pickupy i terenówki.Jego ukochany Warkot przy dużej dozie dobrych chęci mógłby zostać uznany za auto robocze — tych chęci musiałoby być jednak naprawdę dużo. Ta ukochana zabawka słowiańskiego bóstwa znana była wśród pracowników jego firm jako najwspanialszy, najfajniejszy pojazd, jaki kiedykolwiek widzieli. Część z nich miała nawet okazję nim pojeździć, gdy Weles uznał, że ma ochotę zrobić komuś przyjemność.Warkot zaczął jako intensywnie zmodyfikowany Ford Ranger. Zdjęto mu wszelkie ograniczenia, podkręcono silnik, dostosowano nadwozie i zawieszenie. W efekcie pojazd osiągnął moc ponad 500 KM i był w stanie poruszać się zarówno po asfalcie, jak i w terenie z prędkościami powyżej 200 km/h. Jedynym problemem pojazdu nie była nawet paliwożerność, ale wściekłość Mokoszy, która absolutnie i kategorycznie zażądała ograniczenia emisji spalin, nierozjeżdżania terenów zielonych, łąk, pól i lasów i ogólnie ogarnięcia „tego zipiącego dymem monstrum", oferując jako alternatywę „dojebania firmom Welesa mocą wszystkich instytucji krajowych i europejskich", jakie tylko Mokosz znała.Jako europosłanka i przedstawicielka komisji ds. ochrony środowiska, komisji ds. rolnictwa i cholera wie czego jeszcze, znała tych instytucji naprawdę wiele i potrafiła ich użyć z przytłaczającą mocą, jaką może wykrzesać z siebie jedynie wściekła była żona.Weles, nie chcąc pikiet wściekłych rolników pod swoją siedzibą — których niechybnie nasłałaby na niego jego eks — zgodził się coś z tym zrobić. Problem rozwiązał w typowy dla siebie skuteczny i efektowny sposób: wysycił auto magią. Pojazd stał się jeszcze mocniejszy, jeszcze szybszy i zużywał ostatecznie jedynie szczyptę maku na 1000 km, warcząc przy tym przeokrutnie.Weles zjechał z młodym do podziemnego garażu. Podeszli do wielkiego czarnego pickupa z wytłoczonymi na masce złotymi rogami. Bóg otworzył bak, wsypał do niego szczyptę maku, po czym pogłaskał auto po masce. Może było to tylko złudzenie, ale młody był pewny, że auto jest zadowolone. Dosłownie czekał, kiedy zacznie się łasić do jego szefa.Weles wsiadł na miejsce pasażera i rozkazał krótko:— Do biura. Depnij go. Warkot musi się wybiegać.— Tak jest, szefie! — zawołał Lucio, niemal tupiąc w miejscu z przejęcia.Wyjechali z garażu, młody wcisnął gaz i auto ruszyło w noc z rykiem silnika wywołującym coraz większy uśmiech na i tak wyszczerzonej już paszczy młodego programisty.Zapisz się na newsletter! Wyślę Ci kolejny rozdział i dam znać gdy książka będzie dostępna.